Mówi o sobie:
Młodość...?
„Moja młodość szkolna i studencka znaczona była piętnem wojny polsko – polskiej, którą Jaruzelski wypowiedział 13 grudnia. Stąd lektura i kolportaż bibuły, kolekcjonowanie i słuchanie Kaczmarskiego, RWE oraz zakazane książki były naturalnym moim zainteresowaniem. Od młodości byłem chory na Polskę, wolną Polskę. Dlatego w 1988 roku nie mogłem nie zaangażować się w ruch odradzającej się „Solidarności” w Miliczu i na Dolnym Śląsku. Tak jak musiałem włączyć się w redagowanie pierwszej niezależnej gazety naszego rejonu, którą robiło kilkunastu zapaleńców – w tym mój brat, koledzy ze szkoły oraz uczniowie i studenci. Dzięki nim „Gazeta Milicka” ukazywała się 11 lat.”
Moje pasje…?
„Moją pozaszkolną pasją, oprócz prasy lokalnej, historii współczesnej, jest sport. A przede wszystkim piłka siatkowa. Jako dyrektor szkoły wprowadziłem szkolenie dla najmłodszych adeptów siatkówki w postaci klas sportowych, w 1997 roku zgłosiłem do rozgrywek ligowych pierwszy milicki zespół oparty na uczniach szkoły średniej. Rok później brałem udział w powołaniu do życia Klubu Siatkarskiego „Milicz”, którego zostałem prezesem. Funkcję tę sprawowałem do niedawna, a zrezygnować musiałem z oczywistych względów. Zresztą, prezes to dość dumna nazwa na określenie roli, jaką spełniałem w klubie – byłem tam kierowcą, kierownikiem drużyny, konferansjerem w czasie meczu, czasem praczką, pielęgniarką, zastępcą trenera. Taka jest rzeczywistość niezasobnych, amatorskich klubów, którego do tego chcą odgrywać istotną rolę i biorą udział w regularnych rozgrywkach ligowych. A mój klub od 98 r. non stop gra w lidze, teraz III i utrzymuje się w ścisłej czołówce.”
Jak odpoczywam…?
„Odpoczywam niewiele. Najchętniej w domu, w Kaszowie. Zresztą gdzie mam szukać wytchnienia, skoro mieszkam na wsi otoczonej lasami, mam swoje ulubione podwórze, dom z werandą? W wolne dni spaceruję po lasach z Saną, moim ukochanym rottweilerem, a jak wyjeżdżam to najchętniej do Świnoujścia, gdzie nie trzeba leżeć na plaży, ale można obejrzeć Famę, objeżdżać wyspę rowerem i oczywiście obejrzeć mecze siatkówki. Innym miejscem, które kocham, są góry. A z nich te najpiękniejsze – Bieszczady, melancholijne, tajemnicze, magiczne. Może uda mi się w tym roku tam wyjechać, choć na parę dni…”
W kim mam oparcie…?
„Moim oparciem jest Bóg, Bożena (żona), Kasia (córka), Przemek (syn) oraz mama, dla której ciągle jestem synem wymagającym rad, uwag, a czasem też zrugania. To z żoną i dziećmi konsultuję najważniejsze decyzje. To ich radziłem się także pod koniec listopada czy powinienem odejść ze szkoły i przyjąć propozycję nowego dla mnie wyzwania. Mój kontakt z dziećmi, choć nigdy nie był zbyt bliski, ze względu na wielość różnych obowiązków, stał się jeszcze luźniejszy, gdyż obydwoje są poza domem. Kasia studiuje medycynę, Przemek prawo. I choć często mi ich brakuje, tęsknię za nimi, to wiem, jakie to dla nich i dla mnie ważne.”
Co ja tutaj robię...?
„Byłem, jestem i pozostanę nauczycielem. Przez chwilę jestem starostą. Trudno mi powiedzieć, jak długo ta chwila będzie trwała. Ale tak czy inaczej – to tylko chwila. Mam zamiar w tej trudnej roli zmierzyć się z wyzwaniem, jakim jest danie szansy tej pięknej ziemi. Pobudzenie aktywności, nabranie rozpędu, skoku cywilizacyjnego. Dlatego wykonamy zalew w Świętoszynie i Miłosławicach, który da miejsca pracy, pobudzi koniunkturę. Do tego powszechny dostęp do internetu, systemowe i uporządkowane remonty dróg, uzdrowienie szpitala, otwarcie oddziałów gimnazjalnych przy I LO, elektroniczna obsługa petenta, itp., itd. Albo mi się to uda, albo odejdę. Jeszcze przed zakończeniem kadencji. Mam gdzie wracać – byłem i pozostanę nauczycielem…”